ZWIERZĘTA
Wpisany przez Edmund Deker poniedziałek, 14 grudnia 2009 00:00
I
Wychowałem się na wsi, w małym miasteczku na południu Polski. Taka mieścina, która jest wystarczająco duża, żeby nie nazywać ją zupełną wiochą i wystarczająco mała, żeby wszyscy się znali. Mój dom stał na osiedlu, na którym psy dupami szczekały, choć już była asfaltowa droga. Ale psów było zawsze co nie miara. Gdy przechodziłem ulicą, a potem chodnikiem, który geniusze z drogówki zrobili dopiero wtedy, kiedy na liczniku u Hadesa były już dwa trupy więcej, wszystkie te przeklęte psy doprowadzały mnie do nerwicy swoim idiotycznym ujadaniem.
Najgorsze były te małe. Zawzięte skurwysyny darły te zasuszone mordy w rejestrze wysokiego F, do tego stopnia, że człowiek albo w momencie dostawał ataku paniki albo istnego szału. Pisk połączony z kaszleniem, dławieniem się i konwulsjami, ryje całe w pianie, jak na wiejskiej dyskotece. Ujadające, neurotyczne kundle o imionach: Misiek, Sonia, Puszek, Dżeki, Kora czy Rex, doprowadzały mnie do obłędu przez całe dzieciństwo. I tak ogrodzenie w ogrodzenie, podwórko w podwórko, gdzie by się nie poszło. Zwariować można! Oczywiście też miałem psa. Miałem siedem lat, to normalne, że na zadupiu masz zwierzaka. Poza tym na moim osiedlu nawet niektóre psy miały swojego psa, tyle ich tam było. Tylko Emil, mój kundel, był jakiś inny. Czarny, sięgający do łydki, dyskretnie kosmaty, na pierwszy rzut oka: duża wiewiórka, nic szczególnego. Nie mieszkał w domu, nie jadał przy stole ze swoimi panciami, zupełnie inaczej niż te rozpuszczone konusy. Szlajał się, gdzie chciał i wszyscy mogli go pocałować w dupę. Imponowała mi jego niezależność, szczególnie wtedy, kiedy nauczył się przeskakiwać wszelkiego rodzaju bramki, płoty, furtki, wiaty i wszystko, co nie łamało praw grawitacji. Musiał podpatrzyć u kotów, bo robił to z taką gracją, że mucha nie siadała. Do domu przychodził się tylko stołować, czasami do hotelu, znaczy się budy. Był pierwszą zupełnie wyzwoloną istotą, jaką poznałem i darzyliśmy się szczerą sympatią i zrozumieniem. Najpierw pokazał mi, że trzeba być stanowczym. Powiedział mi, że te psopodobne skiały, które przyprawiają mnie o zawał serca za każdym razem, kiedy się zamyślę po drodze do sklepu, muszą się bać, dopiero wtedy zrozumieją, gdzie ich miejsce. Dlatego, jak szedłem ulicą krzyczałem, ujadałem i toczyłem pianę do tych małych, upierdliwych skurczybyków, aż z tego darcia nie ochrypłem. Potem przychodziło do mamy parę sąsiadek z pytaniem, czy ze mną wszystko w porządku i że znają świetnego specjalistę, jakby co. Ale Emilowa metoda skutkowała. Po paru tygodniach takiej praktyki, byłem jedynym człowiekiem na osiedlu, którego wszystkie zgraje i szajki małych zapyziałych kundli omijały szerokim łukiem. Wystarczyło, że tupnąłem nogą i po sprawie. Miałem respekt na dzielnicy, nie ma co. Jednak najpiękniejszą rzeczą, jaką pokazał mi Emil, było obcowanie z płcią piękną. Wtedy niewiele było dla mnie jasne w tym temacie, ale obserwowałem go z zapartym tchem. Ten czarny lowelas bez mała wyrżnął całe osiedle, a uwierzcie było co i gdzie. Grzmocił nawet chłoptasi, jak miał dobry dzień. Zgrabnym ruchem, jakby bez wysiłku, przeskakiwał ogrodzenie i już był w domu. Bez zbędnych komplementów rzucał się na taką rozognioną psinkę od tyłu i dostarczał jej przyjemności, o jakiej wcześniej tylko śniła. Przyznam, że był przez to adorowany i kochany. Sunie dostawały hypcia, jak tylko przechodził dumnie ulicą, tak im dogadzał. Dzięki tak rozbudowanemu altruizmowi posiadał dzieci więcej niż Bob Marley i Fela Kuti razem wzięci, co mu oczywiście w niczym nie przeszkadzało. Pamiętam któregoś dnia przyszła do nas sąsiadka. Była tłusta do granic wyporności; drąca ryja, cała czerwona, z nabrzmiałymi żyłami na szyi, no orka prosto z Pacyfiku. Istny koszmar. Zapytałem beztrosko, o co chodzi? I zaiste szybko się dowiedziałem. Krzyczący wieloryb uznał, że „tego” psa trzeba wykastrować, że to jest nie do pomyślenia, co ten kundel wyrabia, i że ona się domaga wyciągnięcia konsekwencji.
- Konsekwencji z czego? – zapytałem zdezorientowany. Wtedy właśnie opowiedziała mi historie o tym, jak pieliła sobie chwasty w przydomowym ogródku i nagle zobaczyła Emila. Stał przed bramką. Czekał tam z pół godziny. Był czujny. Kiedy sąsiadka przeniosła się z pieleniem pod płot i stękając wyrywała chwasty, Emil z impetem wyruszył w stronę bramki. Po krótkim rozbiegu drapnął na płot, potem na plecy sąsiadki i błyskawicznie wyruchał jej nową, pachnącą, rasową sunię z rodowodem, za trzy tysiące złotych. Pudelek aż piszczał z rozkoszy, a sąsiadka darła się w wniebogłosy, starając się coś zrobić. Ale Emil nie był w ciemię bity i skończył natarcie skrupulatnie, doprowadzając suczkę do wrzenia. Był nieczuły na lamenty sąsiadki, bo to przecież oczywiste, że wszystkie nowe towary na osiedlu grzmoci ON - El Machico! Byłem z niego dumny. Sąsiadce powiedziałem, żeby przyszła, jak będzie mama. Mogłem się skryć za wiekiem, w końcu miałem siedem lat, warczałem na psy z sąsiedztwa i uważany byłem za mało poczytalnego. Przerwę od dymania mój nieustraszony pies zrobił sobie jedynie wtedy, kiedy nie wymierzył wysokości siatki i przeciął sobie jaja na kawałku wystającego druta, dokonując tym samym, jak to określił weterynarz: niemal autokastracji. Biedaczysko lizał się przez okrągły miesiąc, aż w końcu się wylizał i wygłodzony tak długą absencją – niczym wilk – ruszył na łowy. Kiedy informacja o nagłej bezpłodności Emila rozeszła się po osiedlu, wszystkie sąsiadki odetchnęły z ulgą. Teraz praktycznie bez jakichkolwiek konsekwencji odbywał swoje zwyczajowe tournee i bez opamiętania oddawał się cielesnym rozkoszom. Był już stary i obaj wiedzieliśmy, że jego czas się zbliża, że raczej żegna się z doczesnością z gracją wiekowego rockmana, aniżeli zaspokaja swoje pragnienia. I rzeczywiście chwilę potem okazało się, że ma raka. Biedny staruszek. Nie było rady. Pojechaliśmy do Holandii i dokonaliśmy eutanazji, jedynej ludzkiej rzeczy, na jaką stać naprawdę oddanego przyjaciela. Przez wiele lat, nikt nie pokazał mi tak niewzruszonej wolności, jak ten pies. Natomiast moja antypatia do zwierząt pogłębiała się, aby uzyskać swoje apogeum w pewnym miejscu, do którego trafiłem lata później.
II
Nawet nie wiem, jak poznałem Marysię. Była to malutka, pulchna dziewczynka, o puciastej twarzy, na której na zasadzie teorii chaosu powbijane było parę kilogramów żelastwa w formie kolczyków, wisiorków, haczyków na ryby, rogów, słowem cały złom, jaki uniesie ludzka twarz. Zawsze zastanawiałem się, jak radzi sobie z bramkami na lotnisku. Na głowie miała burzę długich dredów, w których raz, po raz dłubała szydełkiem, tak żeby utrzymać je we względnie jednorodnym stanie skupienia. Kiedy miała piętnaście lat jej rodzice się dość paskudnie rozeszli i Marysia miała już tego dość i postanowiła sobie dać radę na własną rękę. I tak przez długie lata pelętała się od squotu do squotu, od pustostanu do znajomych, z miejsca na miejsce. Można sobie zorganizować tak całkiem wygodne życie, co jej się względnie udawało. Aż pewnego dnia dowiedziała się, że jej właśnie zeszli z tego świata dziadkowie przepisali jej mieszkanie na samym wrocławskim rynku. To właśnie wtedy ją poznałem. Akurat jak zwykle nie miałem się gdzie podziać i włóczyłem się z całym dobytkiem, zupełnie bez celu. Ona jakby nigdy nic zapytała mnie, czy nie chciałbym pomieszkać u niej. Miód na uszy bezdomnego. Od słowa do słowa doszliśmy do mieszkania, a tam okazało się, że oprócz jednego podwójnego łóżka nie ma zupełnie nic, co w siedemdziesięciu metrach kwadratowych przestrzeni daje dużo swobody ruchu. Nie było też prądu, a tu zbliżał się wieczór, dlatego szybko odpaliliśmy parę świeczek i domek zrobił się jak marzenie. Praktycznie bez słów postanowiliśmy się urżnąć, bo co tu innego sensownego zrobić, jak człowiek znajduje schronienie po długiej tułaczce. I tak wraz z Marysią o aparycji Prosiaczka, poszliśmy w tan. Okazało się, że oboje jesteśmy w tym zupełnymi profesjonalistami i dokonaliśmy wspólnie istnego nalotu na knajpy i meliny, nie pozostawiając z poczytalności nawet kamyka na kamyku. Potem urwał mi się film i przebudził mnie dziwny dźwięk. Leżałem w łóżku, o dziwo swoim i coś nieustannie trzaskało mnie w policzek. Echo niosło się po pustej przestrzeni i brzmiało nieznośnie znajomo. Uniosłem nieznacznie moją utopioną głowę, w której pluskało jak kubłaku i zobaczyłem a to przybliżający się, a to oddalający męski tyłek. Ładny, kształtny. Pod tym tyłkiem za pomocą przewodu podłączona była Marysia, a jednostajny ruch wprawiał żelastwo na jej twarzy w wibrację i tworzyło z całości, czyli tego chlastania mnie po pysku i owych odgłosów, coś na kształt ambientowego coveru Sex Pistols. Przetarłem oczy i odezwałem się grzecznie, czy w czymś może nie pomóc. Oboje struchleli. Tyłek jebaki przestał lać mnie po pysku i poczułem na sobie wlepiony wzrok dwóch par oczu i zapytałem jeszcze raz:
- Może mogę w czymś pomóc? Oni jakby troszkę przerażeni, szeptali do siebie:
- Jasna cholera, obudził się! - mówili jakby mnie nie było, a przecież leżałem tuż obok.
- No jasne, że się obudził! Ciężko się nie obudzić, jak mi tu tartak robicie z łóżka! Zaraz eksploduje mi mózg, rozumiecie?- powiedziałem spokojnie. Znowu skamienieli. Wyglądali tak komicznie, że nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Ok dokończcie, nawet ja mam serce. Ale szybko. - zakończyłem. Oczy jebaki wcześnie jakby posmutniałe zaświeciły się ponownie i niczym japoński komendant, JAKAMOTO SENSEI, zabrał się pełna parą do roboty. Przyznam wyglądało to mało rozwojowo, jakby miało to trwać jeszcze z tydzień i kiedy kląłem już na siebie w duchu, że jestem za dobry dla ludzi, wtem jebaka zaskoczył mnie finiszem i wygięty jak struna zwalił się bezwładnie na wpół przytomnego Prosiaczka. Z przekąsem pogratulowałem im sukcesu i dostawszy dwa buziaczki w podzięce poszliśmy spać, jak przystało na dziesiątą rano. To była cała Marysia. Mały przydrożny kurwiszon, dymający wszystko, co się rusza i nie ucieka. Nie była za piękna, ale właśnie takie dziewczyny są wyspecjalizowanie w zgarnianiu z imprez nawalonych chłopów i zaspokajanie nimi własnej nimfomanii. Często myślałem, że tylko Emil mógłby jej dogodzić, on by jej pokazał. Tak zaczęło się mieszkanie z Prosiaczkiem. Zaczynaliśmy we dwójkę, ale potem poszło jak z płatka. Setki imprez przetaczało przez to miejsce tysiące osób, co zapełniło to puste mieszkanie różnymi wariatami, wykoleńcami i przede wszystkim zwierzętami. Choć nie wiem, co było gorsze ludzie czy zoo. Mieszkała tam Aśka, zasuszona choleryczka, w ciąży, z chłopakiem, dawcą nasienia i kotem jebaką. Poziom agresji tej dziewczyny w stanie ustabilizowanym był tak wysoki, że do ludzi, a w szczególności do swojego chłopaka zwykła zwracać się czule:
- Gdzie jest IWAN?! Iwan ty chuju choć tu natychmiast!! IIIIIIIIIIWAN!!IWAN! IWAN! Chodź tu do cholery! Kiedy zziajany Iwan przylatywał, ona mówiła mu poirytowana:
- Co tak długo, kurwa?! Ile mam tu czekać?!!Ha?! Zrób mi herbaty z cytrynką! Tylko nie przesłódź, bo będziesz robił dopóki się nie nauczysz, głąbie!
Biedny Iwan naturalnie spełniał wszystkie widzimisię tej wariatki, bo wiedział biedaczysko, że nie ma szans z tą zdzirą. Jak się naprawdę wnerwiła, to roznosiła wszystko z impetem bomby atomowej. Działo się tak parę razy dziennie. Drąc się w wniebogłosy, przez zaciśnięte zęby cedziła największe kalumnie o byle pierdołę. Iwan znał ją na tyle, żeby nie fikać, ale kot już nie był taki mądry. Za każdym razem, kiedy to tępe zwierze nasrało na podłogę, Aśka z furią ruszała i łapała przerażonego za kark i krzyczała:
- Ty futrzany skurwysynu, ja ci pokarzę co to piekło! Mówiłam ci setki razy, że masz srać do kuwety, a ty swoje, tak?! – tu waliła przerażonym kotem o ścianę i dalej:
– Jak nie to nie! Nie będziesz srał gdzie ci każe, to ci pokaże co to piekło. Tu brała kota i tłukąc nim z impetem o ziemie wcierała go w parkiet i taplając ekskrementach i krzyczała:
– Fajne gówno!!? Fajne?! Mówiłam nie sraj po domu!! Widzisz do czego mnie zmuszasz, mały skurczybyku!! Widzisz!!! Kot przeważnie mdlał. Ale tej chorej babie było mało i po całym akcie, krzycząc i wymyślając półprzytomne zwierze, dochodziła do wniosku, że śmierdzi , bo jest cały w gównie i wyrzucała go z drugiego piętra przez okno, a potem nie wpuszczała do domu przez tydzień. Biedny Iwan, bo jeśli chodziło o kota, to patrzyłem na te tortury z największą aprobatą, gdyż nienawidziłem tego bydlęcia nad życie. To zwierze było wcielonym złem. Odkąd z nami zamieszkał ustaliłem między nami prosty układ, żyj i daj żyć innym. Ale temu skurwielowi nie odpowiadało, że ktoś może, w drodze wyjątku, nie adorować go wtedy kiedy on chce. Upust swoim żalom dawał, lejąc na wszystko, co należało do mnie. Słownie wszystko miałem zlane kocimi szczynami. Nocami śniło mi się, że zabijam go gołymi rękami i zjadam jego flaki. Ten kot zagrażał mojemu zdrowiu psychicznemu i nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Pewnego dnia obudziłem się rano i na środku swojego pokoju kwitło ogromne śmierdzące gówno. Przełknąłem to, ale z trudem. Posprzątałem i postanowiłem poćwiczyć na gitarze i wtedy doszło do mnie, że ten podły gnojek nalał mi do środka instrumentu! Czara się przelała i nie wytrzymałem. Poszedłem do Aśki i rad, że była wkurzona jeszcze bardziej niż zwykle, opowiedziałem jej zajście. Futrzak miał przejebane. Latał po pokoju aż miło było popatrzeć. Ledwo żył po ataku swojej panci, a jak leciał z okna modliłem się, żeby zdechł marnie. Zemsta jest słodka. Ku mojemu nieszczęściu wrócił po miesiącu, ale jakiś odmieniony. Zachowywał się jakby właśnie przeszedł lobotomię i definiował, gdzie jest sufit, a gdzie podłoga. Jak to się mówi: jest przewinienie i jest kara. Pewnego dnia Marysia oznajmiła mi, że mamy dwóch nowych mieszkańców. Okazały się być nimi, dwie wiewiórki. Załamałem ręce, ale skłamałem, że ładne. Owe gryzonie, srały czopkami dosłownie wszędzie, ale nawet to nie było najgorsze. Dramat przeżywałem, kiedy zorientowały się, że framugi są z drewna. Juhu!!. Chrupały te framugi dzień i noc, jednostajnie przebijając się na drugą stronę, czyli do mojego pokoju. Kiedy któregoś dnia obudziłem się z wiewiórką na twarzy, zrozumiałem, że te uparte szczury dopięły swego. Znowu miałem przechlapane. Jednak najgorsze było jeszcze przede mną. W tym samym czasie wraz ze swoimi właścicielami wprowadziła się Cena. Jak zobaczyłem to bydle, mało nie zasłabłem. Pies wielkości malucha, ogromne skwierczące bydle, które w oczach miało jedno słowo: MIĘSO! Właściciele nie byli lepsi. Dawid, wysoki, chudy i śmierdzący dredziarz, który wraz z dziewczyną, też w ciąży, zajmował się wypalaniem i sprzedawaniem ceramiki. W czwórkę: Dawid, dziewczyna, Cena i smród, wyglądali jak koszmarny sen bezdomnego i nic nie dało się z tym zrobić. Pies pogryzł mnie już drugiego dnia. Byłem zrozpaczony. Od połowy korytarza krzyczałem przyjaźnie:
- Cena! Cenka! To ja. Spokojnie piesku! Dobry piesek! To ja, twój kolega Edmund! Cenka! Dobry piesek, kochany piesek! - a potem zasuwałem, ile fabryka dała do pokoju i dostawałem zawału serca. I tak dzień w dzień. Nawet sąsiedzi zaczęli patrzeć na mnie spode łba, bo co to jest za gadanie do drzwi o czwartej rano. Znowu byłem osiedlowym przygłupem. Po jakimś czasie okazało się, że chudy i wysoki jak patyk pan Dredziarz uznał, że jak mnie nie ma w domu to z powodzeniem może spać z całą rodziną, w tym z bydlęciem, w moim łóżku. Raz przyszedłem do domu i zobaczyłem istne pandemonium. Całe łóżko zakrwawione, ja w panice, że dziewczyna rodzi przez sen, dre się wniebogłosy, żeby dzwonić na pogotowie. Budzę cały dom i połowę dzielnicy, kiedy nagle podchodzi do mnie zaspany pan Dredziarz, który oznajmia mi, żebym się uspokoił i że to nic wielkiego, tylko piesek ma cieczkę i krwawi w moim łóżku, a żona ma termin dopiero za trzy miesiące, także luzik. Normalne. Czasami ciężko uwierzyć w to, co się słyszy. Juz wiedziałem, że muszę stamtąd uciekać, ale łatwo się mówi, jak się jest gołym i wesołym. W sumie niczym się to nie różniło od mieszkania na ulicy, ale przynajmniej było ciepło i na głowę nie kapało, no i oczywiście było żarcie, przynajmniej dla psów. W podjęciu szybkiej decyzji wyręczyła mnie Prosiaczek ze Złośnicą. Kiedy wróciłem z parodniowego wyjazdu zobaczyłem wszystkie moje rzeczy wystawione przed drzwiami. Wchodzę do domu wkurzony nie na żarty i opieprzam Maryśkę na czym świat stoi, a ona pochłaniając kotlety sojowe mówi mi zupełnie spokojnie:
- Edmund nie obraź się, ale doszłyśmy do wniosku, że jest za dużo zwierząt w domu i zrobiłyśmy z twojego pokoju budę. Znajdź sobie coś nowego.
Polecamy
Zaloguj się
Przyjaciele
Najnowsze wiadomości
Rozkład jazdy
31.07.2010 - 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos
31.07.2010 - 21:00
Electro-Punky Pink Party z Dj Lolą
01.08.2010 - 15:00
Leniwe otwarcie Art Cafe Kalambur
01.08.2010 - 18:00
Piano Bar Olo Majos
04.08.2010 - 21:30
Matej ze Środy











