JOHANOWE MIKOŁAJKI
Wpisany przez Edmund Deker poniedziałek, 14 grudnia 2009 11:02
No, i nadeszła kolejna zima. Siedzę w wynajętym pokoju, gdzie nadal brak ciepłej wody, pajęczyny kłębią się wszędzie, a prąd łapię z wibracji powietrza. Ale jakoś to wszystko działa i dziarsko sobie poczynam. Niedawno były Mikołajki, święto, które zamieniło się w czerwono-brokatowy obłęd, aż się chce rzewnie rzygać. Teraz chwila prawdy Moi Drodzy, św. Mikołaj współpracował z SB i donosił na tych najgrzeczniejszych.
I co, czujecie się teraz choć troszkę lepiej? Lubicie, gdy upadają autorytety? Jeśli tak, to grzeczne z was dzieci. Wracając do tego święta dobroci, miłości i rozdartych gówniarzy w hipermarketach. Obudziłem się z kacem i nie docierał do mnie żaden dźwięk. Mogiła z wódy. Łapię za najbliższą puszkę z piwem, pociągam sporego łyka i puszczam świątecznego pawia na pół pokoju, plując piwem z kiepami i słyszę :
-Ho ho ho, Wesołych świąt. Był to Johan, kumpel, który po pijaku wpakował się znowu do mnie, myśląc, że to jego mieszkanie. Poznaliśmy się dwa lata wcześniej na jakiejś tygodniowej popijawie, świetnie się z nim piło i miał mnóstwo fajnych koleżanek. Od razu go polubiłem. Ale z biegiem czasu okazał się być skrajnym idiotą, o obliczalności kobiety w ciąży. Bywa.
- To nie jest dobry czas Johan. Proszę, spierdalaj.
- W święta, nie ładnie tak traktować ludzi.
- Johan, na rany Chrystusa, nie widzisz, że nie jestem w formie!
- Jesteś dla siebie zbyt okrutny Edmund.
- Zrób coś dla mnie, wyjdź i wróć za rok, błagam.
- Świnia z ciebie.
- Wiem. Johan zatrzasnął drzwi z hukiem. Mój mózg przeszyła błyskawica Zeusa i mogłem się uważać za obudzonego. Nieszczęśliwego, ale żywego. Nie miałem akurat nic do roboty, tak jak lubię, wstałem, podrapałem się w obolały, nie chcę wiedzieć od czego, tyłek i pobiegłem do kuchni po piwo. Znalazłem jakimś cudem ocalony sześciopak i natychmiast wlałem w siebie jedno. Od razu lepiej. Otworzyłem drugie i poczłapałem do pokoju, zapaliłem papierosa i siadłem na zasyfionym łóżku. Mogło być gorzej. Chlup,chlup. Znowu wchodzi Johan. Uparta gnida.
- I co, już lepiej, pijaku?
- Nie jak cię widzę Johan. Wiesz o tym doskonale.
- Przestań pierdolić. Masz piwo?
- W kuchni. Poszedł do kuchni i wrócił z otwartą puszką. Stuknęliśmy się i tak siedzieliśmy w milczeniu delektując się trunkiem. - Mam dla ciebie prezent.
- O czym ty mówisz?!
- No, mam dla ciebie prezent na Mikołaja!
- Ja nic dla ciebie nie mam.
- Mało mnie to interesuje, Ed. Dał mi pakunek, zawinięty w szary papier i sznurek parciany. Wyglądało schludnie.
- Wiesz, trochę mi głupio, hm...- powiedziałem.
- Nic nie gadaj, tylko otwieraj. Zgasiłem papierosa w popielniczkę przypominającą pomarańczowego jeża, cuchnącego aresztem śledczym i rozerwałem papier. Zapakował to chyba w sześć arkuszy i jak skończyłem byłem już nieźle poirytowany. Trzymam w ręku prezent i nie wierzę.
- Dałeś mi lalkę?!
- To nie lalka, to krasnal.
- Ok. Dałeś mi szmacianego krasnala?
- No. Jak go tylko zobaczyłem pomyślałem o tobie. Nie podoba ci się?
- To nie o to chodzi. Po co mi szmaciany krasnal, jestem dorosłym facetem?
- A po to, żeby cię ochraniał, rozumiesz taki amulet.
- Johan, masz nie równo pod sufitem.
- Nie, no Ed, wystarczy, że postawisz go na piecu, o tu u góry i on cię będzie ochraniał, a ty nic nie musisz robić. Rozumiesz – idealny układ! IDEALNY!
- Johan, pojebało cię do reszty?
- Nie,do cholery! Czuję się wyśmienicie. Mówię ci ten krasnal działa bankowo! Skapitulowałem, wziąłem krasnala, położyłem go na piecu i poszedłem do kuchni po kolejne piwo. Johanowi powiedziałem, żeby poszedł do siebie. Wyjątkowo posłuchał. Kretyn. Zostałem sam ze smutnym krasnalem. Zrobiło się niesamowicie zimno i napaliłem w piecu. Krasnal mozolnie, niczym opóźniony w rozwoju, wpatrywał się w ścianę. Zagadałem:
- I co krasnal, browarka? Nic nie odpowiedział. Dobry krasnal. Otworzyłem sobie piwko i sączyłem leniwie. Nie czułem się jakoś specjalnie chroniony. Skończył się alkohol i była już głęboka noc. Poszedłem do knajpy na rogu, żeby się, dla odmiany, napić z ludźmi. Siedziałem tam dopóki wszyscy pijący w barze nie zbankrutowali. Wyszedłem już mocno podchmielony, z taką jedną, co czasami rzucamy się po ścianach. Ta kobieta to istny dzikus i nie raz piszczałem przy niej wysokim falsetem. Podchodzę pod moją zdezelowaną czynszówkę, pachnącą moczem i kapustą, a tam sto tysięcy świateł. Dyskoteka straży pożarnej, policji i pogotowia. Zaczepiam sanitariusza i pytam, o co chodzi. On mówi:
- Jakiś idiota zostawił szmacianą lalkę na piecu, zabawka była z Chin, to i z produktów chińskich, i jak się nagrzała to zjarała połowę kamienicy. Pech.
- Naprawdę – wybełkotałem
– Są jakieś ofiary?
- Nie. Ale był jeden koleś, który wybiegł cały osmolony i darł się na całą dzielnicę. Krzyczał coś w rodzaju : Ludzie!!! Ludzie!!! Bóg istnieje i jest szmacianym krasnalem! Cud! Cud! Kurwa, cuda! I zanosił się histerycznym śmiechem. Musiało mu się zdrowo powalić od tego dymu.
-Aha. Obawiam się, że dym nie ma z tym nic wspólnego- powiedziałem do siebie. - Słucham?- zapytał sanitariusz.
- Nic, nic. Na razie. Odwróciłem się na pięcie.
- Słuchaj - mówię do dziewczyny – kimnę się dzisiaj u ciebie.
- Ok. Kupimy piwko, nic się nie przejmuj.
- Nie no, jasne przecież są Mikołajki.
Polecamy
Zaloguj się
Przyjaciele
Najnowsze wiadomości
Rozkład jazdy
31.07.2010 - 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos
31.07.2010 - 21:00
Electro-Punky Pink Party z Dj Lolą
01.08.2010 - 15:00
Leniwe otwarcie Art Cafe Kalambur
01.08.2010 - 18:00
Piano Bar Olo Majos
04.08.2010 - 21:30
Matej ze Środy











