TRZEBNICKA
Wpisany przez Edmund Deker poniedziałek, 08 marca 2010 12:23
Za oknami panuje nam sroga zima, z wszechwładną Panią Lodu u steru, od której to, i tylko i wyłącznie od niej, zależy czy będziemy mieć znośne cztery miesiące czy powtórkę z Trzeciego Zlodowacenia, przyparci do muru moreną czołową, bez możliwości ucieczki w którąkolwiek ze stron. Kiedy ludzkość tak łatwo kapituluje pod naporem białego puchu, znanego przecież od zarania naszej planety, od przeszło czterech i pół miliarda lat, to aż strach pomyśleć, czego jeszcze tak naprawdę nie wiemy, czym mydli się nam oczy, że niby wiemy, a w rzeczywistości nie mamy bladego pojęcia?
Skoro nie radzimy sobie ze śniegiem, to jak poradzimy sobie z genetyką, fizyką kwantową, teorią chaotycznego transportu w kosmosie lub chociażby ze zwykłą bombą atomową czy ekspedycją na Marsa? W jaki sposób udało nam się wylądować na Księżycu? Umówmy się, taśmowa produkcja, w której ludzkość jest niekwestionowanym championem jest zdumiewająca, a co dopiero zabawki, które NASA, Rosjanie czy Chińczycy wysyłają w kosmos w naszym imieniu. W imieniu człowieka.
Czytałem jakiś czas temu w gazecie, że wystrzelono w próżnię sondę z filmem promującym naszą skromną, acz gościnną Planetę, w razie, gdyby natrafiła na „niezidentyfikowane formy życia” i chciała je uprzedzić z kim mają do czynienia. Jaka byłaby reakcja kosmitów na migawki kodu DNA, wyświetlającego się w rytm utworu Satisfaction w wykonaniu Otisa Reddinga, zmiksowanego z kadrami Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, ogołoconych plenerów Tybetu, upadku Muru Berlińskiego, płonącymi wieżami World Trade Center, Nixona z aferą Watergate w tle, wojny w Wietnamie, rzezi na Bałkanach, skutków ludobójstwa w Rwandzie, I i II Wojny Światowej, burdelu w Iraku i w Afganistanie, rewolucji industrialnej, a potem zdjęcia: Hitlera, Stalina, Napoleona, Kaliguli, Aleksandra Wielkiego, Saddama Husseina i – last but not least – Osamy ibn Ladena tulącego się do Mr. T z drużyny A, który piecze steki w telezakupach Mango. Przed wyciemnieniem animowany Albert Einstein, Stephen Hopkins, Bill Gates, Schopenhauer z Derridą i oczywiście Barack Obama z Jezusem Chrystusem zaprosiliby Zielonych Braci do Białego Domu na kawkę z ciasteczkiem i małe tête-à-tête z grubymi rybami z ONZ i OPEC-u. Później odbyłyby się występy artystyczne, z wirującą Rihanną, Beyonce, Madonną, Brytnej Szparką i wizualizacją Michaela Jacksona, który wygląda żywiej niż za życia (najnowsza technika: lasery, 3D, cekiny, szmery bajery), śpiewającymi na pięć głosów „We are the world”, wyraźnie wzruszeni, trzymając się za uniesione do góry ręce. Kosmici też są wzruszeni.
Tak zwaną „ludzkość”, nie mylić z człowieczeństwem, uchwycono w paru luźnych kadrach, oczywiście w tłumie, żebyśmy wyglądali zupełnie nieporadnie, jak obłąkani cierpiący na paraliż wolnej woli, a już najlepiej w demonstracjach, w których używa się sprzętu wojskowego, żeby Przybysze przypadkiem nie pomyśleli, że grube ryby nie radzą sobie z porządkiem i poprawnością protokołu dyplomatycznego. Bo, tak naprawdę, gówno możemy, ot co. Na Księżyc nie latają przecież zwykli ludzie, tylko astronauci, a w przestrzeń kosmiczną – kosmonauci, żadne przypadkowe postaci. Dlatego, że nie jesteśmy nikim specjalnym dla globalnego porządku, pozwala się nam co najwyżej wybrać jedną z dopasowanych na wymiar doktryn omijania tematu, za pomocą choćby polityki, religii czy kultury i grzecznie sądzić, że zawsze mamy wolną wolę, która pozwala nam rządzić swoim losem po swojemu. Akurat.
Ale właśnie w przypadku tak przerażającym jak opady śniegu, które uwaliły całe miasto Wrocław i kraj Polskę, mamy do czynienia z prawdziwym znaczeniem demokracji, bo wszyscy mamy równo przejebane i jesteśmy, w końcu, siebie warci. Tylko klęski żywiołowe, wojny, zbiorowa panika czy mecze piłki nożnej, mogą zjednoczyć ludzi w sposób wiarygodny i znaczący, czyli do poziomu małp w stadzie.
Ta świadomość do niczego nie przydaje się w walce z zimnem, pozostaje nam: siedzieć w knajpach, żłopać piwsko, czytać książki, opcjonalnie: leżeć w łóżku, najlepiej koło ciepłego ciała i pieścić się w ciepełku lub mówić „O mój Boże!” zdecydowanie za często i patrzyć z pokorą, jak po raz kolejny zima robi nas w konia. Można całymi dniami zastanawiać się nad jałowością własnego bytu, a nawet negacją bytu w ogóle, ale przede wszystkim należy zadać sobie pytanie: dlaczego, tak naprawdę, drogowcy czują się zaskoczeni, skoro kalendarz juliański istnieje od 46 roku przed naszą erą. Wychodzi na to, że nadal jesteśmy małymi robakami na Planecie Matce, która, jak to kobieta, czasami reaguje zbyt emocjonalnie.
Pozostaje nam, skoro jest się już tym autystycznym kosmonautą bez grawitacji, spokojnie i równomiernie, niczym delfin, zwalniać bicie serca do trzydziestu uderzeń na minutę i zająć się własnym światem wewnętrznym, a tym którzy go nie posiadają – oglądać telewizję albo głaskać kota. To chyba jedyny sposób na zimę, i tak już pozostanie do końca naszych dni.
Można też drążyć temat z innej strony:
– Słuchajcie, jak anioły umrą, to idą do nieba? Co się właściwie z nimi dzieje? – rzucił pytaniem Matej, który wpadł do pokoju wyraźnie podekscytowany.
– Anioły nie umierają – powiedziałem zaintrygowany.
– Chyba czegoś nie rozumem: Jak Lucyfer się zbuntował i wywalili go z nieba, wraz z jego przydupasami, to zaczęła się wojna aniołów dobrych z niedobrymi, tak?
– Aha – pokiwałem głową.
– To w jakim celu one się tak tłuką, jak i tak nie mogą sobie nic zrobić, przecież są nieśmiertelne, do cholery! – wyrzucił podekscytowany. – W takim wypadku – ciągnął dalej – ten cały dogmat walki dobra ze złem jest jakimś kiepskim żartem, skoro w założeniu jest wyraźnie napisane, że ta rozgrywka nie ma limitu czasu, a my – kibice, możemy oglądać ten pojedynek jedynie do czasu, kiedy nie kopniemy w kalendarz i dla nas byłoby na tyle tego dobrego. Wiadomo jednak, że pojedynek się nie kończy i nie ma najmniejszych szans, że za życia poznamy wynik.
– Świetna perspektywa, nie ma co – potwierdził Plata.
– Ale pamiętacie dokładnie ten wątek z biblii, jak była wojna aniołów z demonami, którzy nie zgadzali się do końca z poglądami Jezusa i jego taty, z Lucyferem na czele, pamiętacie? – zawiesił głos, żebyśmy powiedzieli, że pamiętamy.
– Pamiętamy, pamiętamy – powiedziałem rozbawiony.
– A wiecie jak w Ewangelii św. Marka tłumaczy to Biblia: „Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest”.
– Przerażające – westchnął Plata.
– Ciekawe, czego się dowiedziały, te demony – dalej zastanawiał się Plata.
– Przecież to była walka bez sensu! Wszystko jest grubymi nićmi szyte. Patrzcie – wykrzyknął i gestykulując rękami rysował w powietrzu obóz aniołów grzecznych i obóz aniołów zbuntowanych – jednym się nic nie dzieje, drugim się nic nie dzieje, to na kim mogą sobie poużywać?
– Na nas? – zapytałem.
– A na kim?! To teraz pomyślcie sobie – mówił jak kaznodzieja w transie – że jeżeli przetransponować to małe zdarzenie na dzisiejsze standardy myślenia, to teraz zamiast nieba mamy Narnię, a zamiast piekła – Mordor, tak?
– W sumie, to się zgadza – powiedziałem, chichrając się pod nosem.
– To patrz dalej: Bóg, to mądry Lew, Książę Caspian – Chrystus, a we „Władcy Pierścieni” –Sauron – Szatan, Saruman ( ten co zdradził dobrych ) – Lucyfer i Mordor – to piekło, tak?
Kiwnąłem głową, że tak.
– No właśnie nie! Bo Mordor przegrywa, a Narnia wygrywa i jest the end of the story. A u nas, na łez padole, żadnego końca historii nie widać ani nie słychać.
– Ale nie o tym chciałem mówić, jest tego więcej. Jak byłem dzieckiem, to czytałem książkę... hm, jak ona się nazywała?.. O! „Bracia Lwie Serce”, autorstwa Astrid Lindgren, tej od „Dzieci z Bullerbyn”, Pippi Langstrump i Emila, co go tata zamykał w drewutni.
– Jasne, że tak! – wykrzyknęliśmy z Platą niemal jednocześnie.
– Ale do rzeczy. W tej książce, z tego co pamiętam, akcja rozgrywa się w dwóch światach: w rzeczywistości i w fantastycznej krainie Nangijali. Jest dwóch braci, młodszy i starszy. Podczas pożaru ginie ten starszy (ratując młodszego). Młodszy obwinia się, naturalnie, za śmierć kochanego brata i chce jak najszybciej dołączyć do kompana, co mu się w efekcie udaje, bo przylatuje biała gołębica, która zostawia mu adres w Dolinie Wiśni w Nanjijali. Reszta książki rozgrywała się w krainie wyobraźni, gdzie w końcu chłopaki się spotykają i mają przygody w dwóch wymiarach. Ale, co jest najważniejsze, jak kipnął pierwszy brat, to poszedł do nieba, tyle, że w tym niebie cały czas była opcja, że jak się postara i odkryje nieśmiertelne „rozwiązania”, może przedostać się do jeszcze fajniejszej, zaczarowanej krainy, zupełnie jak u Dantego, tylko na odwrót. Morał jest mało pocieszający, bo wychodzi na to, że ludziska jak dostaną się do nieba, to niejako dochodzi do nich, że to nie jest koniec ich kłopotów i przygód z niemocą, tylko początek zupełnie nowych, przeniesionych na wyższy level.
Za przejście pierwszego etapu dostają trochę wina i szproty w oleju, i do roboty. Wychodzi na to, że nawet w Niebie, przepraszam, w Nangijali, w tej całej fajności – są fajni i fajniejsi, zupełnie jak za starych dobrych czasów. Jak nawet w Czarodziejskiej Krainie jest amerykański High School Musical, to chyba mamy pasztet, prawda, chyba czegoś nam się tu nie mówi? Zaczyna się kolejna przeprawa, tyle, że w kolorze „blue”, żeby jednak być tym najfajniejszym dla Szefa, bo wiadomo, że Szef jak na świętego jest naprawdę w dechę i lubi poszaleć.
– Wow, teraz nikt już nie pisze takich książek dla dzieci – westchnąłem z żalem. – Ale co ma jedno z drugim wspólnego, bo ciężko się połapać?
– No to, że my, Ziemianie, śmiem twierdzić, jesteśmy grubo niedoinformowani, bo co tak naprawdę ukrywa Jezus? O czym nam nie mówi? Tak sobie zwyczajnie zapomniał powiedzieć nam, że śmierć to dopiero początek problemów?
– Jeśli mogę tak powiedzieć, to Chwała Bogu, że jest Astrid Lingren, przejrzała niecny plan Chrystusa i zareagowała odpowiedzialnie – nienachalnie ostrzegła – rzuciłem zupełnie przekonany, że tak właśnie prezentuje się stan rzeczy na dzień dzisiejszy i kropka.
Matej, wyraźnie skupiony, przysłuchiwał się temu co mówię, jakby zapomniał co chciał powiedzieć i łapał tę myśl z odmętów nieświadomości, ale w jednej sekundzie na jego twarz powróciły wypieki żarliwości i tonem oświeconego ciągnął dalej swoją teorię:
– Tak jak mówiłem, z tą wojną aniołów, upadłymi demonami, całym tym syfem z Lucyferem, Mefistofelesem, Belzebubem, Hitlerem, Stalinem czy innym Wolandem na czele... Przecież one były nieśmiertelne, zgadza się? Znaczy są nieśmiertelne, tak jak anioły z Archaniołem, Aniołem Stróżem, Abą i Arielem. To ja wam powiem jak to było: znając życie, w niebie nudy, nic do roboty, dogadali się wspólnie i wymyślili ten plan podczas partyjki brydżyka na chmurce, w piątkowy wieczór, żeby walczyć niejako tylko dla sportu, żeby było się czym zająć. Założyli się pewnie o „kopa w dupę” albo lepiej: „o rację”. Kto wygra, wskakuje na wolny rynek i musi sobie, bez pomocy, radzić w kapitalistycznym polowaniu na wiernych. Jednak coraz częściej nabieram przekonania, że tylko my – głupie ludki, jesteśmy zainteresowani wynikiem, bo anioły wydają się mieć to głęboko w dupie. Wszyscy wiemy, że dobro ma fory w naszej cywilizacji, że Ewangelie tak napisano, żeby jednak niebieski był u góry, a czerwony na dole.
– No to ich zdemaskowałeś, stary, odkryłeś „tajemnicę” – powiedział z naciskiem Plata.
– Przecież nikt z odrobiną zdrowego rozsądku nie zdecydowałby się na taki interes, a tu ludziska bez szemrania wchodzą od tysięcy lat i to mnie niezmiennie dziwi. Bo skąd ta prawda? Wychodzi na to, że wystarczy dwa tysiące lat odpowiedniego marketingu z dobrze rozwiniętym systemem akwizycji i ludzkość głupieje, uwierzy we wszystko!
– Z grubsza, na to wychodzi – powiedziałem, parskając śmiechem.
– Czyli chcesz mi powiedzieć, że za dajmy na to tysiąc lat będziemy mieć świętą Biedronkę, wielebnego Auchan, wyświęconych: Reala i Makro (pray and carry) i kanonizowanych Tesco i Carrefoura?
– I błogosławioną Żabkę – dodałem.
– To ja to pierdolę! – ciągnął swój wywód, nie zwracając na mnie uwagi. – Jeśli kiedykolwiek będę miał dziecko, to nie pozostawię mu złudzeń. Wezmę takie niemowlę i co noc będę klepał przed snem , że Niebo to Narnia, a Piekło to Mordor, dorzucę do tego elementy z „Braci Lwie Serce”, puszczę to potem wszystko na wideo i wierzę, że mam szansę uzyskać idealny efekt „utylitarnego” prania mózgu, którego, swoją drogą, byliśmy podmiotami całe nasze dzieciństwo, tym razem, pod hasłem: Oszczędzaj siły! Śmierć, to dopiero początek twoich problemów.
– Szczerość przede wszystkim! – wykrzyknąłem entuzjastycznie.
– Uważasz, że to może być aż tak proste? – zapytał zaciekawiony Plata.
– Myślę, że tak – oznajmił wyjątkowo zadowolony z siebie Matej.
– Jak dla mnie to gotowa teoria – rzuciłem zupełnie poważnie – nawet trzyma się kupy.
Popatrzyliśmy po sobie badawczo i parsknęliśmy śmiechem, jakbyśmy pojęli w jednej sekundzie, że ten kawałek tajemnicy, skrywanej pod zasłoną milczenia, zatopionej jak w bursztynie jungowskiej nieświadomości stawia nas, jako ludzi, w nieco kłopotliwym położeniu.
– Pozostaje nam tylko jedno wyjście – przerwał milczenie Matej, zawieszając teatralnie głos:
– Kosmos, Panowie.
– Kosmos?– zapytał Plata.
– Kosmos – wyszeptałem. – Nic tu po nas.
Polecamy
Zaloguj się
Przyjaciele
Najnowsze wiadomości
Rozkład jazdy
31.07.2010 - 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos
31.07.2010 - 21:00
Electro-Punky Pink Party z Dj Lolą
01.08.2010 - 15:00
Leniwe otwarcie Art Cafe Kalambur
01.08.2010 - 18:00
Piano Bar Olo Majos
04.08.2010 - 21:30
Matej ze Środy











