Skonfiskowane gwiazdy

- Od początku nowego roku akademickiego po Wrocławiu zaczęła krążyć fama, że Litwiniec będzie robił teatr. Któregoś dnia zapytał mnie, czy wejdę do zespołu - wspomina Krystyna Stoga.

Trzonem Kalambura byli właśnie Ponuracy. Przychodzili do Kalambura z różnych stron. Stoga była studentką prawa, Ryszard Wojtyłło geologii, Eugeniusz Michaluk polonistyki, Jędrzejewski malarstwa, Bockenheim architektury, Janusz Hejnowicz prawa. Litwiniec był już asystentem na fizyce.

Nazwę Kalambur wymyślił polonista Eugeniusz Michaluk. Autorami "Konfiskaty gwiazd" byli Litwiniec, Michaluk i Jerzy Lukierski, dziś profesor fizyki UWr. Pierwsze próby odbyły się w listopadzie 1957 roku.

„Spektakl miał nazywać się »Kompromitacja Gwiaździstych Autorytetów «. Ale cenzor bał się aluzji do gwiazd kremlowskich - zanotował Bogusław Litwiniec na wydanym 40 lat temu katalogu Kalamburu. - »Konfiskata gwiazd « to tytuł zastępczy wyłoniony w rozmowach z cenzorem".

Głównymi postaciami spektaklu były Absolut i Człowiek, ścierający się ze sobą w kolejnych scenach. Człowiek przekonywał Absolut, że świat naprawdę wygląda zupełnie inaczej, niż można to zobaczyć z tronu absolutnej władzy. A żeby nikt nie miał wątpliwości, po której stronie jest dobro, Absolutem był Janusz Hejnowicz, aktor o urodzie raczej surowej, a Człowiekiem najprzystojniejszy z kalamburowców - Ryszard Wojtyłło.

W finale utworze Bohdan Piechowski śpiewał, że choć wokół słychać warkot werbli, w rytm których musi maszerować świat, to każdy powinien słuchać przede wszystkim swoich własnych werbli.

Litwiniec dziś: - "Konfiskata gwiazd" była sprzeciwem wobec absolutu w każdym wymiarze - politycznym, obyczajowym, naukowym i religijnym.

Spektakl był pochwałą indywidualizmu, ale krytyka zrozumiała jedynie, że studenci z Wrocławia stworzyli surrealistyczną satyrę na rzeczywistość. "Konfiskata..." przeszła do historii teatru, chociaż zagrano ją tylko sześć razy.

Miłość na ulicy

- Kalambur był gdzieś pośrodku między Bim-Bomem a STS-em - mówi Michał Jędrzejewski.

W przedstawieniach był tekst, ale zredukowany do minimum. "Moralitet w formie składanki scen pantomimicznych" - brzmiał opis "Konfiskaty gwiazd". Na jedno przedstawienie składało się kilkadziesiąt krótkich, błyskawicznie zmieniających się scenek. Krytycy podkreślali plastyczność przedstawień Kalambura.

Czy byli teatrem walczącym? Wtedy wszystko, co choć trochę odstawało od oficjalnej linii, było walczące.

- Wychowani byliśmy na wierszach Włodzimierza Majakowskiego. Powtarzaliśmy: Jednostka zerem, jednostka bzdurą - mówi Stoga. - Ale w teatrze zaczęliśmy odwoływać się do indywidualizmu każdego człowieka.

Drugi spektakl Kalambura, "Po ulicach miasta chodzi moja miłość", był zupełnie inny niż "Konfiskata gwiazd". Nie było w nim polityki ani satyry, była za to miłość, poezja i piosenki. Pięknie śpiewała Anna German.

- To był już wyraźny sygnał, że w teatrze studenckim, który zrodził się z potrzeby mówienia własnym głosem o polityce i sprawach społecznych, górę bierze indywidualność człowieka - mówi Litwiniec.

Nadszedł czas, że dziewczyny nie musiały zasypiać z Marksem pod poduszką. "Kapitał" został zastąpiony przez tomiki poezji miłosnej. Rodził się ruch kontrkultury, skierowany przeciwko ustalonemu odgórnie stylowi życia, oficjalnym wartościom i narzuconym ocenom politycznym.

W "Po ulicach miasta chodzi moja miłość" znów zagrał czajnik. Na głowę Fausta, ostatniego ze sprawiedliwych na świecie, siedzącego z nogami w miednicy, lał się strumień gorzkich ludzkich łez. Ktoś z boku krzyczał: Fauście, zobacz, ile łez, aż się przelewają. Ale Faust miał w końcu dość. Brał parasol, otwierał go i osłaniał się przed lejącym się strumieniem.

- Była liryka, groteska i jazzowe trio, które zza muślinowej kotary akompaniowało pantomimicznym scenkom - wspomina Stoga.

Na festiwalu w Krakowie dostali nagrodę za twórcze połączenie teatru i muzyki jazzowej.

Spektakl "Po ulicach miasta chodzi moja miłość" zagrali 12 razy.

20 lat, 10 miesięcy i 18 dni później

Na początku lat 60., w czasach tzw. małej stabilizacji, teatr zaczął szukać odpowiedzi na pytanie, jak klasa robotnicza poradzi sobie z nową rzeczywistością. Czy mając wybór między ideałami socjalizmu, a wygodnym życiem, nie zechce żyć jak arystokracja, którą zgodnie z zasadami ustroju powinna pogardzać i nienawidzić. Wtedy ktoś przyniósł do teatru tekst "Szewców". Okazało się, że Witkacy udzielił już na to pytanie odpowiedzi. W dodatku odpowiedział, że zechce.

"Szewcy", reżyserowani przez Włodzimierza Hermana, stali się jednym z najgłośniejszych spektakli Kalamburu. Ale najpierw musieli przekonać cenzurę, że kwestionowanie podstawowego mitu ustroju pozostaje jeszcze w zgodzie z tym ustrojem.

- We wcześniejszych spektaklach stawialiśmy pytania o wykonywanie idei, w "Szewcach" po raz pierwszy zapytaliśmy o sens ustroju wymyślonego przez Marksa - mówi Litwiniec.

Herman nie bawił się w metafory. Wystawił "Szewców" dokładnie tak, jak Witkacy swój dramat napisał. Przyjmując ówczesne kryteria, można powiedzieć, że zrobił przedstawienie socrealistyczne. Robotnicy wyglądali i mówili jak robotnicy, a arystokracja była plugawa tak, jak na arystokrację przystało. A aktorzy bez żadnych udziwnień recytowali tekst, który był oficjalnie publikowany. Cenzura nie miała do czego się przyczepić.

Ta prostota okazała się największą siłą spektaklu. Premiera "Szewców" odbyła się w marcu 1965 roku. Obsypany nagrodami spektakl był grany blisko sto razy. Włodzimierz Herman w 1970 roku wyjechał z Polski. Zamieszkał w Danii. Do Wrocławia po raz pierwszy przyjechał na początku lat 90. Z "Szewcami" wyreżyserowanymi gościnnie w Moskwie.

Rosjanie wystawili "Szewców" w Teatrze Kameralnym. Krystyna Stoga, która w "Szewcach" kalamburowych była Macią Zbolałą, po spektaklu podeszła do Hermana.

- Wowa, jak się czujesz.

- 20 lat, 10 miesięcy i 18 dni - odpowiedział.

Liczył dni, które upłynęły od wyjazdu z Polski.

W rytmie słońca do białej skrzyni

- Kalambur i cała kontrkultura to był raport z przemian świadomości kolejnych pokoleń wstępujących w życie - mówi Bogusław Litwiniec, którego kalamburowcy nazywają Padre.

O przemianach świadomości były kolejne z serii spektakli, które wyznaczyły historię Kalambura.

Z przedstawieniem "W rytmie słońca" Urszuli Kozioł Kalambur objechał cały świat. Wszędzie odbierano je podobnie. Jako wywołany wydarzeniami 1968 roku antytotalitarny moralitet. Opowieść o człowieku zmuszonym do życia w świecie, w którym nastąpił upadek wiary i nadziei na to, że możliwe jest zbudowanie raju dla wszystkich.

W 1977 była "Biała skrzynia", znów według tekstów Kozioł. Po Sierpniu napisano, że Kalambur zapowiedział pojawienie się "Solidarności". Z ustawionych na scenie białych skrzyń wychodzili zranieni przez historię robotnicy. Na zewnątrz natrafiali na przedstawicieli inteligencji żyjącej wciąż w naiwnej wierze w to, ze da się zbudować jakąś utopię.

- "Biała skrzynia" to był wyraz niewiary w to, że inteligencja jest w stanie zbawić robotników - mówi Litwiniec.

W 1979 roku Kalambur przekształcił się w teatr zawodowy. Zaczęła się kolejna odsłona historii teatru, która trwała 15 lat. Ostatnimi spektaklami, w 1994 roku, były "Grupa Laokoona" Tadeusza Różewicza i "Papierowe kwiaty" Egona Wolffa.

źródło: Mariusz Urbanek, Gazeta.pl



warto poczytać:

Kultowy Kalambur - poczytaj!

Rozkład jazdy

10.09.2010 - 21:00
Dj Romek Rega live show!

11.09.2010 - 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos

11.09.2010 - 21:00
Dj Lola

12.09.2010 - 15:00
Leniwe otwarcie Art Cafe Kalambur

12.09.2010 - 18:00
Piano Bar Olo Majos

Warto wiedzieć

Kalambur posiada swój własny internetowy hot-spot. Jeśli więc posiadasz laptopa, palmtopa, lub inne urządzenie obsługujące standard Wi-Fi, możesz śmiało przetrząsać zasoby internetu w kawiarni.

Sonda

Moje ulubione miejsce spotkań to: